[ back ] [ up ] [ next ]

…nie spałem dobrze. w nocy budziły mnie samochody, a z rana sprzedawcy warzyw. nie było co wylegiwać się w ich towarzystwie; wygramoliłem się ze śpiwora, przemyłem oczy przy studni i ruszyłem na senne jeszcze miasteczko. traf chciał, że przed bramą na ulicy leżało 5 eu :> spojrzałem wkoło. nikogo w zasięgu, więc podniosłem je biorąc za dobry omen.
— przenocuję za nie wygodnie w następnym schronisku albo… od razu je wydam - i nie chowając banknotu wstąpiłem do właśnie co otwartej piekarni. zaopatrzyłem się w niej w świeżą bagietkę :>
+
— gdzie się podziali ci wszyscy pielgrzymi? było ich przecież całe schronisko i stodółka też - zastanawiałem się wychodząc z Saint Jean nie dlatego, by brakowało mi towarzystwa. - może rozjechali się samochodami? bo teraz… - już chciałem wykrzyknąć: nikogo na drodze!:> gdy wtem, za zakrętem, nadziałem się na wypoczywających Polaków… nie powiem, żebym się ucieszył. trudno było ich zignorować i przejść mimo. trzeba było się zatrzymać, zagadać i pewnie ruszyć dalej razem, a tego się bałem. bo chciałem iść sam, bo po to tutaj przyjechałem, no ale… jeżeli zesłał ich los, tak jak wcześniej podrzucił 5€ ?:>
+
ten idący przede mną /drugi z dwójki Polaków/ przed chwilą przyznał się, pochwalił, że jest z Legii Cudzoziemskiej. to wyjaśnia skąd zna francuski. zna też trochę hiszpański i włoski. w ogóle chłopak gada językami :> za dużo gada i zaczepia wszystkich napotkanych. nie da nikomu przejść w spokoju. muszę się urwać - pomyślałem i zwolniłem kroku…